Lista wpisów z drzewek sezonowych Roku Szczurołaka.

Marzec: Sezon Niedźwiedzia[edytuj | edytuj kod]

Iwo z Belhaven[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Mawia się, że wiedźmini ze Szkoły Niedźwiedzia jak jeden są ogromni, barczyści i brodaci. Iwo z Belhaven nie całkiem jednak pasował do tego wzorca. Nosił wprawdzie brodę, lecz posturą i zwinnością bliżej mu było do Kota lub Żmii. Jak na ironię, to spowodowało, że charakter miał iście swemu Cechowi przystający…
Zwój 2: Niedźwiedzie to samotnicy, znani ze swej niechęci wobec towarzystwa innych wiedźminów, a mało kto był tak owemu niechętny jak Iwo. Jego awersja do pobratymców brała się jeszcze z czasów szkolenia w Haern Caduch. Mówiąc oględnie, nie lubił się z pozostałymi uczniami. Łączyła ich, można by rzec, nienawiść od pierwszego wejrzenia. Co kosztowało Iwo wiele… Wiele ran, wiele bólu, mnóstwo przelanej krwi. Potężniejsi odeń towarzysze nie okazywali cienia litości podczas wspólnych treningów. Walka była jednak wyrównana, a Iwo odpłacał przeciwnikom pięknym za nadobne.
Krwią za krew.
Zwój 3: Drogi świeżo upieczonych Niedźwiedzi rozchodziły się, gdy tylko ich szkolenie dobiegło końca. Później unikali się, jak mogli, a Iwo był tego świetnym przykładem. Pozostając głuchym na wieści o losie pozostałych, nie okazał zainteresowania, nawet kiedy rozwścieczone tłumy wygnały wiedźminów z Haern Caduch. I gniew czy wrogość niewiele miały tu do rzeczy, mutacje skutecznie zneutralizowały w nim takie bezsensowne uczucia. Nie obchodziło go po prostu, jak radzili sobie inni.
Grunt, że on sobie radził.
Zwój 4: Oczywiście, zdarzało się przypadkiem, że Iwo napotykał jakiegoś innego wiedźmina.
Jeden raz szczególnie utkwił mu w głowie. Trafił wówczas na Niedźwiedzia, którego znał jeszcze z czasów szkolenia. Tamten nazywał się Junod i, podobnie jak Iwo, nadał sobie przydomek „z Belhaven”, choć w przeciwieństwie do niego, z Belhaven wcale nie pochodził. Zapytany o przyczynę takiego wyboru, odparł z rozbrajającą szczerością, że brzmienie słów zwyczajnie mu się podobało, a skoro nie wróżył mniejszemu Niedźwiedziowi długiego życia, to nie miał oporów ukraść jego przydomku.
Jak na ironię, Iwo kilka lat później dowiedział się o śmierci Junoda. I poczuł…
Właściwie nic.
Skrzynia: Na wiedźmina z Cechu Niedźwiedzia natrafiła pewnego razu królowa Meve. Nazywał się Iwo. Jego śniada skóra wskazywała, że pochodził z gorącego południa Kontynentu, a obcesowość, z jaką odpowiadał na pytania królowej – że rzadko kiedy miał do czynienia z korowanymi głowami…

Kwiecień: Sezon Elfów[edytuj | edytuj kod]

Ida Emean aep Sivney[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Rudowłosa i wielkooka Ida Emean aep Sivney była drugą obok Francesci Findabair elfką w Loży Czarodziejek i jedyną Aen Saevherne w tejże organizacji. Czemu nie należało się dziwić, zważywszy że Wiedzący stanowili rzadkość nawet pośród wolnych elfów, a kontakt z nimi był uznawany za ogromne wyróżnienie.
Zwój 2: Między innymi dlatego Ida wzbudzała duże zainteresowanie wielu członkiń Loży – właściwie, już samą swoją obecnością. Wolne elfy z Gór Sinych nie utrzymywały żadnych stosunków nie tylko z ludźmi, lecz nawet ze swymi pobratymcami, którzy żyli bliżej ludzi. Ona tymczasem zdecydowała się z nimi sprzymierzyć.
Zwój 3: Oczywiście, Idą nie kierowały pobudki serca ani niemądre sympatie. To była czysta polityka. Skoro władczyni Dol Blathanna potrzebowała wsparcia, Ida zgodziła się dołączyć razem z nią do Loży. W innym wypadku nie zbliżałaby się do spraw ludzkich. Wszakże historia nieraz udowodniła, że owe przynosiły wyłącznie kłopoty.
Zwój 4: Kiedy więc kilka lat później Triss Merigold poprosiła ją o pomoc w walce z Dzikim Gonem, Ida odmówiła bez chwili zawahania. I bez choćby cienia wyrzutów. Mogła wedle potrzeb sprzymierzać się z ludźmi, ale nie zamierzała za nich umierać.
Nigdy.
Skrzynia: Było coś, czego Ida Emean nie mówiła nikomu, nawet Francesce.
Wiedząca skrycie kochała morze.
Nie wstydziła się tej miłości, trudno zresztą o bardziej niewinne uczucie. Po prostu lubiła pielęgnować je w sobie, a nie dzielić się nim z innymi. Dlatego samotnie odwiedzała brzeg morza i wsłuchiwała się w kojący szum, podczas gdy fale obywały jej stopy. To w jakiś dziwny sposób przypominało Idzie o domu, mimo że elfka wywodziła się przecie z Gór Sinych. Nie czuła jednak, by prawdziwie należała do tego miejsca. Do tego świata. I choć nigdy o tym nie mówiła, jej wygląd zdradzał skryte w głębi serca uczucia. W biżuterii Idy nie było bowiem ani uncji kruszcu, ani karata górskiego kamienia – nosiła wyłącznie perły, korale i bursztyny.
Drobiazgi przypominające jej o domu, którego tak naprawdę nigdy nie miała.

Maj: Sezon Żmii[edytuj | edytuj kod]

Kolgrim[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Można rzec, że los nigdy nie sprzyjał Kolgrimowi. Jeśli zrazu uśmiechał się do niego, to tylko po to, by potem wyszczerzyć wrednie kły. Nawet gdy ten jeszcze nie był wiedźminem, tylko małym nieszkodliwym smarkiem.
Zwój 2: Jako dziecko Kolgrim został porwany przez płaczkę, która w noc Saovine podłożyła jego matce własne potomstwo. Szczęściem w nieszczęściu, tej samej nocy potworzycę usiekł wiedźmin i zabrał wyratowanego chłopca z powrotem do osady – wydawałoby się wprost w matczyne ramiona. Pech jednak przeważył.
Zwój 3: Kobieta okazała się chorobliwie wiedźminom niechętna, toteż nie dała wiary ani słowom zabójcy potworów, ani łzom Kolgrima. Nie chciała widzieć synka na oczy, święcie przekonana, że podłożony przez płaczkę odmieniec był jej prawdziwym dzieckiem. Wiedźminowi nie pozostało zatem nic innego jak zabrać chłopca ze sobą – do Szkoły Żmii.
Zwój 4: Przez kolejne lata los jeszcze wielokrotnie zakpił sobie z Kolgrima, zarówno podczas morderczego treningu, jak i w czasie jego późniejszej tułaczki po świecie. Aż do jakże ironicznego końca, kiedy to wiedźmin, sam niegdyś odebrany niczego nieświadomej matce, został oskarżony o porwanie dziecka.
Skrzynia: Kiedy mistrz Ivar Złe Oko zlecił Kolgrimowi poszukiwania legendarnego rynsztunku Szkoły Żmii, jego pechowe szczęście znowu dało o sobie znać. Schematy rynsztunku wprawdzie odnalazł, ale do Szkoły już nigdy nie powrócił. W Białym Sadzie został bowiem oskarżony o porwanie syna bartnika i zawleczony przed oblicze lokalnego władyki. Ów obiecał ludziom, że sprawiedliwości stanie się zadość, i kazał sprowadzić wykwalifikowanego kata. Wyrok był tylko formalnością, Kolgrim powołał się więc na stare temerskie prawo, żądając próby sił zamiast procesu. O dziwo, władyka zgodził się na zmianę i polecił oskarżonemu oczyścić swą rodową kryptę z upiorów – w zamian za oczyszczenie go z zarzutów.
Niestety, według oficjalnych źródeł Kolgrim zginął, nie podoławszy zadaniu. Po Białym Sadzie krążyły jednak pogłoski, że to miejscowi, rozjuszeni decyzją władyki, zaatakowali wiedźmina, nim ten mógł wykonać zlecenie. Podobnież bartnik we własnej osobie uciął mutantowi głowę… Ot, taka tam plotka.
Acz jedno było już pewne. Odkryto bowiem poniewczasie, że zaginionego chłopca zabiły utopce.
Nie Kolgrim.

Czerwiec: Sezon Magii[edytuj | edytuj kod]

Stregobor[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Stregobor nosił się, jak wedle wszelkich bajań nosić winien się czarodziej: siwy, brodaty i zgarbiony, zawsze w ciemnej powłóczystej szacie o szerokich rękawach, z długim posochem w dłoni. Można by rzec: pełen godności wizerunek, lecz tak naprawdę żaden szanujący się czarodziej nie przywdziewał baśniowych fatałaszków i akcesoriów. Oprócz Stregobora, oczywiście.
Zwój 2: Wespół z wątpliwym gustem Stregobor znany był również ze swych bardzo wiernych rzeczywistości iluzji. Wyczarowane przezeń kwiaty pachniały, jabłka można było jeść, pszczoły potrafiły boleśnie użądlić, a śliczne dziewczęta robiły absolutnie wszystko, czego tylko zapragnął ich twórca. Wielu powiadało, że to ten ostatni efekt był celem wieloletnich studiów Stregobora, lecz sam czarodziej zdecydowanie zaprzeczał.
Zwój 3: Poza iluzją Stregobor specjalizował się też w manipulacji pogodą. Potrafił zarówno uciszać, jak i wywoływać sztormy, precyzyjnie kontrolować wiatr albo poruszać chmury. Największą jednak pasją czarodzieja były badania nad przekleństwem Czarnego Słońca.
Zwój 4: Aktywne działania Rady Czarodziejów, w tym Stregobora, sprawiły, że zamordowano lub uwięziono w wieżach kilkadziesiąt panien z wielkich rodów, nawet królewskich. Według proroctw miały być one bowiem opętane przez demony, przeklęte i skażone przez Czarne Słońce, w cieniu którego przyszły na świat. Pisane im było „krwią wypełnić doliny rzek”. Pisane ­– ale nie dane.
Większość dziewcząt nikomu nie zawiniła, a krwią wypełniły jedynie laboratoryjne misy Stregobora.
Skrzynia: Członkowie Rady Czarodziejów pochwycili większość z księżniczek rzekomo dotkniętych przekleństwem Czarnego Słońca. Stregobor osobiście dokonał sekcji na wielu zmarłych w trakcie badań dziewczynek, a także jedną wiwisekcję… Nic z tego nie przyniosło spodziewanych rezultatów. U księżniczek wprawdzie wykryto pewne zmiany anatomiczne, lecz nic konkluzywnego: krwawiły jak ludzie, cierpiały jak ludzie i umierały też zupełnie jak ludzie. A jedna z nich, również bardzo po ludzku, nienawidziła Stregobora.
Renfri, księżniczka Creyden, zwana także Dzierzbą zdołała uciec Radzie. Latami żebrała, dawała się wykorzystywać, kłamała i kradła, żeby tylko przeżyć. Gdy zaś urosła w siłę, stając na czele własnej bandy, zaczęła szukać zemsty za wszelką cenę… I zapłaciła – najwyższą z możliwych. Była gotowa bowiem wyrżnąć całe miasto, byleby tylko dopaść Stregobora. Nie dopuścił zaś do tego pewien białowłosy wiedźmin, który wraz z pokonaniem bandy Dzierzby zyskał, jak na ironię, przydomek Rzeźnika z Blavikiem.
Tymczasem Stregobor, jak to z ludźmi jego pokroju bywa, uszedł bezkarny.

Lipiec: Sezon Gryfa[edytuj | edytuj kod]

Jerome Moreau[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: W roku 1087 pewien wiedźmin, uratowawszy profesora Tomasa Moreau, zażądał odeń w nagrodę tego, co naukowiec już miał, ale o czym jeszcze nie wiedział. Takim oto sposobem Jerome, syn Tomasa, stał się jednym z owianych legendą, zaklętych mocą przeznaczenia Dzieci Niespodzianek.
Zwój 2: Kilka lat później wiedźmin przybył po małego Jeroma i zabrał go do Szkoły Cechu Gryfa. Tam zaś chłopiec został poddany szkoleniu i mutacjom, które przeszedł niezwykle dobrze, wręcz łagodnie. W rezultacie nadal wyglądał jak zwykły człowiek, a po wyruszeniu na trakt to raczej uzbrojenie i medalion cechowy zdradzały jego fach – nie wiedźmińskie przemiany.
Zwój 3: Ze względu na swój wygląd i zachowanie Jerome cieszył się dużą, jak na wiedźmina, łatwością w kontaktach z ludźmi. Zleceniodawcy, a także przypadkowo napotkane osoby, zwykle odnosili się do niego bez większych uprzedzeń – niektórzy nawet nie orientowali się, że był mutantem.
Zwój 4: Niestety, łagodny przebieg mutacji miał się jeszcze w przewrotny sposób zemścić na wiedźminie. Profesor Moreau nie zapomniał bowiem o utraconym synu, który pozostawał pod skrytą obserwacją naukowca, a którego ludzkie cechy skłaniały do przypuszczeń, że przemianę można byłoby jeszcze odwrócić.
Skrzynia: Jerome zdawał sobie sprawę z obsesji ojca. Kiedy więc profesor Moreau zwabił go podstępem do Toussaint, wiedźmin zdecydował się położyć kres jego szaradzie. Dobrowolnie zapukał do ojcowskich drzwi, by postawić sprawę jasno. Od lat żył w zgodzie ze swym przeznaczeniem, nie czując złości czy żalu za przypisany mu los i nie chciał odwracać mutacji. Ale starszy Moreau nie słuchał i za pomocą zaklęcia paraliżującego uwięził syna, żeby przeprowadzić eksperymenty mające uczynić go na powrót człowiekiem.
Tych zmian Jerome nie przeszedł już łagodnie.
Wiele razy otarłszy się o śmierć, ulegał coraz głębszym mutacjom. Na skutek działań ojca i na przekór jego woli, coraz mniej przypominał człowieka. Aż ósmego dnia jesieni roku 1122 profesor Moreau zaprzestał dalszych prób. Uznawszy wreszcie swą porażkę w starciu z przeznaczeniem, wyłączył magiczną aparaturę, pozbierał notatki, a pozostałości nieudanych starań…
Spalił je. I nigdy nikomu się do tego nie przyznał.

Sierpień: Sezon Drakonidów[edytuj | edytuj kod]

Myrgtabrakke[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Myrgtabrakke należała do odmiany smoków zielonych. Owe zaś, ze względu na podobne ubarwienie łusek, bywają notorycznie mylone z oszluzgami – są bowiem, wbrew swej nazwie, wyłącznie jeno zielonkawe lub całkiem szare. W rezultacie na te wcale inteligentne gady poluje się częściej i chętniej, niźli na inne odmiany smoków.
Zwój 2: Skądinąd to na Myrgtabrakke urządzono właśnie jedno z najgłośniejszych polowań w historii Północy. Wydarzenie owo zawdzięczało swój rozgłos dzięki legendarnemu składowi wyprawy – prowadził ją Niedamir, król Caingorn, a uczestnikami, nie licząc jakiejś połowy mieszkańców Hołopola, byli Yarpen Zigrin i jego krasnoludy, Eyck z Denesle, czarodzieje Dorregaray i Yennefer z Vengerbergu, rębacze z Crinfrid, Geralt z Rivii i jego druh Jaskier, a wreszcie – rycerz Borch Trzy Kawki, znany jeszcze pod innym imieniem. Smoczym imieniem.
Zwój 3: O ile lwia część kompanii rzeczywiście ścigała ranną podówczas Myrgtabrakke, aby ją ostatecznie usiec, o tyle zarówno wiedźmin, jak i rycerz wzięli udział w przedsięwzięciu ze zgoła innych pobudek. Geralt nie pierwszy i nie ostatni raz w swym życiu podążył za Yennefer, choć czarodziejka wcale nie wyraziła ku temu chęci. Tymczasem Borch, a właściwie Villentretenmerth, udał się na polowanie wyłącznie z jednego powodu – by uratować Myrgtabrakke przed resztą członków wyprawy.
Zwój 4: Gdy legendarna grupa dotarła do jaskini, gdzie ukrywała się Myrgtabrakke, na jaw wyszło, dlaczego smoczyca nie odleciała, uciekając z łatwością. Nie zamierzała bowiem ostawić swego jaja i skrytego w nim skarbu. Bezcennego potomstwa, o które tak trudno w czasach wielkich łowczych czy innych samozwańczych zabójców potworów. Nieważne, czy stworzenie do ubicia potworem zaiste było. Na szczęście żyli jeszcze wiedźmini, którzy wyznawali inne zasady. Geralt z Rivii wszak pomógł Villentretenmerthowi uratować smoczycę i jej małe. A pozostali członkowie kompanii… Cóż, można rzec, że zamiast smoczego łba dostali równo po rzyci. I słusznie.
Skrzynia: Po wielkim i szczęśliwie nieudanym polowaniu Myrgtabrakke oddała swą ledwie wyklutą córkę Villentretenmerthowi – w zamian za ratunek, niby Smoczątko Niespodziankę, można by rzec. Później zaszyła się w kryjówce z dala od ludzkich osad, z dala od innych smoków, z dala od wszystkiego. Zawsze była samotniczką, a jej starcie z członkami wyprawy króla Niedamira – zwłaszcza z hołopolską hołotą – tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nie potrzebowała niczyjego towarzystwa do szczęścia. A jednak nie umiała się powstrzymać, by nie odwiedzać córki. Zwykle podglądała ją z ukrycia, gdyż Saesenthessis, zwaną przez dwunogów Saskią, w sposób całkowicie dla matki niezrozumiały, ciągnęło do ludzkich i nieludzkich spraw. Myrgtabrakke nie wtrącała się ani nie próbowała powstrzymać córki. Nigdy jednak nie opuściła jej całkowicie.

Wrzesień: Sezon Driad[edytuj | edytuj kod]

Aglaïs[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Aglaïs była naczelną uzdrowicielką w Col Serrai, kotlinie gorących źródeł, kiedy trafił do niej Geralt z Rivii. Wiedźmin był ciężko ranny po swej potyczce z magiem Vilgefortzem w trakcie przewrotu na Thanedd. I gdyby nie pomoc hamadriady, już nigdy nie stanąłby do walki.
Zwój 2: Przełożona Col Serrai znana była ze swej małomówności. Powód tejże był całkiem prozaiczny. Aglaïs nigdy jeszcze nie widziała, żeby gadanie po próżnicy kogokolwiek uzdrowiło. Odzywała się zatem, kiedy wymagała tego sytuacja, a gdy nie musiała strzępić języka – nie strzępiła.
Zwój 3: Oprócz magii czerpanej z sił natury uzdrowicielka korzystała w swym fachu z leśnej wody i leczniczych kłączy – sławnej conynhaely i purpurowego żywokostu. Kluczowe jednak w stawianiu rannych na nogi były niezwykłe umiejętności hamadriady.
Zwój 4: O dziwo, wbrew obiegowej opinii na temat dziwożon, Aglaïs nie widziała różnicy między leczeniem ludzi a nieludzi. Jeśli kto był chory lub ranny, jeśli potrzebował pilnego uzdrawiania – reszta jej nie obchodziła, aby udzielić pomocy.
Skrzynia: Dawno temu Aglaïs obiecała sobie coś w sekrecie.
W ciągu lat udało jej się nie złamać danego słowa wyłącznie dzięki swym umiejętnościom. Od najmłodszego wieku, gdy jeszcze była zaledwie pędrakiem mknącym wśród gałęzi drzew, wykazała się wrodzonym talentem do uzdrawiania. Właśnie dzięki temu Pani Eithné nie przymusiła jej do zrobienia tego, co Aglaïs tylko markowała robić, a o czym Srebrnooka wiedziała skrycie. Uzdrowicielka brzydziła się zabijania. Akceptowała śmierć jako naturalny koniec wszystkiego co żywe, ale odrzucała możliwość, że sama mogłaby ją zadać.
Dlatego nigdy nikogo nie zabiła – nawet w czasach wojny.

Październik: Sezon Kota[edytuj | edytuj kod]

Brehen[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Brehen należał do cechu Szkoły Kota, więc podczas treningu koncentrowano się na jego szybkości, precyzji i zwinności. Idealny przygotowanie dla osób parających się skrytobójczym fachem, który często przypisywano Kotom. Ktoś mógłby nawet rzec, że w boju Brehen był wszechstronny, ale najbardziej giętki miał kręgosłup moralny… Ów ktoś by się nie mylił.
Zwój 2: Tak jak większość swych pobratymców, Brehen był łotrzykiem i wyrzutkiem. Często zachowywał się impulsywnie, nieobliczalnie wręcz, co uznawano za skutek niedoskonałych mutacji, jakie przeprowadzano w Szkole Kota. Aczkolwiek nawet jak na Kota, Brehen cieszył się szczególnie złą sławą. Znany był przede wszystkim z masakry, której dopuścił się w mieście Iello, gdzie na zawsze zyskał swój niechlubny przydomek.
Zwój 3: W drodze do Wyzimy, gdzie zamierzał odebrać nagrodę za wyleczenie córki króla Foltesta z potwornej klątwy, Brehen przypadkowo spotkał w karczmie „Pod Dzikiem i Jeleniem” Geralta. Sądził, że drugi wiedźmin przybył tam podebrać mu kontrakt, rzucił więc Białemu Wilkowi wyzwanie. Wierząc w swoje zdolności bojowe – a może po prostu wiedząc, że Geralt jest nieuzbrojony – Brehen chciał zmusić oponenta do pojedynku, stwierdzając stanowczo, że tylko jeden z nich ujdzie z niego z życiem.
Zwój 4: Traf chciał, że do walki Kota z Iello z Rzeźnikiem z Blaviken ostatecznie nie doszło. Dynamikę sytuacji zmieniła nieoczekiwana dostawa mieczy Geralta, po której Brehen stracił nie tylko swoją przewagę, ale i pewność siebie. Nie chcąc ryzykować furii Białego Wilka podczas równego starcia, Kot rozpłynął się w mrokach nocy, aby nigdy więcej nie spotkać już Geralta – ani żadnego innego wiedźmina.
Skrzynia: Brehen nawet nie myślał o ratowaniu księżniczki. Jeśli legendy głosiły prawdę, w co poważnie wątpił, zdjęcie klątwy wymagałoby więcej zachodu i byłoby znacznie bardziej niebezpiecznie niż ubicie potwory. Zwyczajnie nie warto było ryzykować: zadaniem wiedźminów było wszak zabijanie, a Brehen nie zamierzał niepotrzebnie się narażać. Nagrodę dostałby również w przypadku „zabicia strzygi w samoobronie” – o ile nie przeżyłby nikt, kto mógłby zadać mu kłam. Toteż podczas następnej pełni księżyca, po przygotowaniu eliksirów i oręża, Kot z Iello zakradł się do krypty pod przeklętym zamczyskiem, gotów raz na zawsze zakończyć mordercze rządy strzygi. Gdy Brehen zobaczył jej umięśnioną sylwetkę, śmiercionośne pazury i plugawy kształt, nie okazał strachu ani wahania. Zadrwił wręcz z przeklętej księżniczki, rzucając pogardliwie: „Nie będziesz pierwszą arystokratką, której upuściłem krwi”. Niebawem okazało się jednak, że była ostatnią.

Listopad: Sezon Mahakamski[edytuj | edytuj kod]

Percival Schuttenbach[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Choć przynależał do krasnoludzkiej kompanii Zoltana, Percival Schuttenbach nie był krasnoludem. Zamiast krzaczastej brody miał długi i szpiczasty nos, niezawodnie określający przynależność posiadacza do starej i szlachetnej rasy gnomów.
Zwój 2: Percival, ustępując krasnoludom wzrostem i siłą, dorównywał im wytrzymałością, a zwinnością znacznie przewyższał. Gdy maszerował z kompanią, nieustanie kluczył, szperał po krzakach, wysforowywał się do przodu i znikał, po czym objawiał się nagle i nerwowymi gestami dawał z daleka znak, że wszystko w porządku, można iść dalej. Innymi słowy: robił w drużynie za zwiadowcę.
Zwój 3: Kiedy gnom i krasnoludy zatrzymywali się na odpoczynek, siadali przy wozie i rżnęli w gwinta. Była to ich bezdyskusyjnie ulubiona gra karciana, której poświęcali każdą wolną chwilę, nawet w mokre wieczory. Rozgrywka zwykle przebiegała głośno i gwałtownie, a obok każdego gracza leżał gruby kij.
Zwój 4: W trackie gry dość rzadko okładano się kijami, ale wymachiwano nimi często. Niektórzy bowiem mieli brzydki zwyczaj oszukiwania w gwinta. Zwłaszcza Percival, który wymieniał z kumotrami znaczące mrugnięcia, chowając tu i ówdzie dodatkowe karty. Zdarzało się jednak, że zdradzała go wyrazista mimika drobnej gnomiej twarzy bez zarostu.
I wtedy obrywał kijem.
Skrzynia: Zwinność, wyczulone zmysły i smykałka do gier karcianych nie były jedynymi talentami Percivala. Ani największymi. Gnom był przede wszystkim wyśmienitym metalurgiem i jubilerem. Swój pierwszy zakład założył w Novigradzie. Odkupiwszy od Zoltana papugę, Feldmarszałka Dudę, zrobił z niej żywą reklamę, wyuczywszy wołać: „Brrrylanty, brrrylanty”. I to działało. Gnom miał klienteli od groma, pełne ręce roboty i nabitą kiesę. Wraz z rozkwitem biznesu Schuttenbach otworzył więc kolejny oddział jubilerski w Wyzimie. Niestety, czasy się zmieniły i to nie na lepsze.
W 1271 roku Percival opuścił Novigrad z powodu prześladowań rasowych, a swój zakład przeniósł na górę Carbon, stolicę Mahakamu.

Grudzień: Sezon Dzikiego Gonu[edytuj | edytuj kod]

Królowa Zimy[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Nawet pierwsi generałowie Dzikiego Gonu nie mieli pojęcia, ile wieków liczyła sobie ich Królowa. Niektórzy jednak żartowali, że była stara jak świat – a dokładnie ten, który elfy Aen Elle porzuciły, gdy nadeszło Białe Zimno.
Zwój 2: Tylko nieliczni pamiętali, że kiedyś nosiła wyłącznie elfie imię. Zanim stała się Królową Zimy, była powszechnie szanowaną magiczką i Wiedzącą. Odważną, ambitną i upartą. Nie ugięła się nawet w obliczu zagłady świata. Miast zbiec wraz ze swym ludem przez Ard Gaeth, postanowiła zmierzyć się z Białym Zimnem.
Zwój 3: Zważywszy, jak potoczyły się dalsze losy Ludu Olch, nietrudno odgadnąć wynik tego starcia. Ani magia Aen Saevherne, ani jej wiedza, nie powstrzymały zagłady. Gen Starszej Krwi był w niej jednak na tyle silny, ażeby złagodzić działanie Białego Zimna i uratować elfce życie.
Zwój 4: Wiedząca powróciła do swego ludu… odmieniona. Roztaczała wokół siebie wyczuwalną aurę chłodu, a w dotyku była wręcz lodowata. Wystarczyło zaledwie jedno jej spojrzenie, by zmrozić człeka aż do kości. Wszystko zaś, co nie miało bieli śniegu, uważała za brzydkie, wstrętne i odrażające.
Wśród elfów pojawiły się nawet głosy, że Białe Zimno nie tyle odmieniło Wiedzącą, co stało się częścią niej.
Skrzynia: Gdy elfka przegrała w starciu z Białym Zimnem, uciekła do nowego świata Aen Elle, samodzielnie otwierając prowadzące doń wrota. Nie tylko bowiem jej wygląd i zachowanie uległy zmianom. Obudziła się w niej moc, dzięki której mogła naginać czas i przestrzeń podług swej woli. Co niedługo później uczyniło ją pierwszym Nawigatorem, a także przywódczynią Dzikiego Gonu, i dało początek legendzie o Królowej Zimy.
Według niej królowa miała przemierzać niebo w czasie zamieci, rozsiewając dookoła twarde, ostre okruchy lodu. I biada temu, kogo jeden z nich trafił w oko lub w serce.
Taki ktoś był zgubiony.

Styczeń: Sezon Wilka[edytuj | edytuj kod]

Vesemir[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Choć obecnie trudno w to uwierzyć, Vesemir też kiedyś był młody. Tuż po przejściu wiedźmińskich przemian dopiero zaczynał hodować zarost. Szczęście mu dopisywało i na jego gładkim licu nie było ni śladu po morderczym treningu, który przechodził. Poza kolorem oczu nic nie zdradzało jego mutacji.
Zwój 2: Gdy więc młody Vesemir, wraz z mistrzem Barminem, pierwszy raz wyruszył na szlak, znalazł prosty sposób na ukrywanie swej proweniencji. Nosił kapelusz z szerokim rondem. Ów zaś stał się po latach słynnym, pamiątkowym kapeluszem papy Vesemira. Tym, którego nie wolno było nosić innym wiedźminom, a już zwłaszcza Lambertowi.
Zwój 3: W obszernej pelerynie i swym ulubionym kapeluszu młody Vesemir wymykał się spod nosa Barminowi, by oddać się zajęciom przez mentora niepochwalanym. Otóż, szwendał się po okolicznych spelunach, brał udział w każdej możliwej imprezie i weselichu, albo wspinał się na balkon tej czy innej rezydencji, by dosięgnąć sypialni jednej z nadwornych dam. Co zaś się tyczy zamtuzów… Dosyć rzec, że owych Vesemir w swym długim życiu odwiedził więcej niźli Eskel, Lambert i Geralt razem wzięci.
Zwój 4: A mistrz Barmin, no cóż… Czasami przymykał oko na wybryki swego krnąbrnego ucznia, częściej jednak srodze rugał młodego Vesemira i za karę wyznaczał mu jakieś wyjątkowo nudne, czasochłonne zadania. Jak polerowanie mieczy, chociażby.
Skrzynia: Mimo że dla wielu porzekadło: „mądrość przychodzi z wiekiem”, niespecjalnie się sprawdza, to dla Vesemira – jak najbardziej. Wprawdzie liczne kary, wyznaczane mu przez Barmina, nie ukróciły zapędów młodego hulaki, lecz gdy komuś innemu przyszło zapłacić za jego grzechy… Gdy jedna z jego nocnych wypraw okazała się kosztować życie kogoś, kogo obiecał bronić… Cóż, wiedźmin zmienił się. Spoważniał. Z każdym rokiem, z każdą śmiercią, której był świadkiem – coraz bardziej. Aż objął rolę mistrza fechtunku na Kaer Morhen. Mistrza, który słynął z szerokiej wiedzy i rygorystycznego podejścia do treningu, dającego nie lada wycisk młodym adeptom sztuki wiedźmińskiej.
Dla ich własnego dobra. I dobra tych, których w przyszłości mieli chronić.

Luty: Sezon Miłości[edytuj | edytuj kod]

Vespula[edytuj | edytuj kod]

Zwój 1: Związek Vespuli z Jaskrem był taki sami, jak ich rozstanie – szybki i burzliwy. Na pożegnanie kobieta obdarowała trubadura kilkoma drobiazgami – słoikiem konfitur, obtłuczoną doniczką, cynowym pucharkiem, cudzymi spodniami… Wszystko to cisnęła weń z wysokości ukwieconego balkonu, razem z ukochaną lutnią barda, którą złapał w ostatniej chwili, nim instrument roztrzaskał się o bruk.
Zwój 2: Vespula nie szczędziła też wyzwisk pod adresem byłego kochanka. Nazywała go łajdakiem, diablim synem, kłamliwą łajzą i zachrypniętym bażantem. Wykrzykiwała, że w łóżku był absolutnie do niczego. Cała draka wynikła zaś z prostego nieporozumienia, ponieważ Jaskier i Vespula zupełnie nie dogadywali się w pewnej kwestii.
W kwestii monogamii.
Zwój 3: Całej awanturze przyglądał się Geralt, który przybył akurat do Novigradu. Później obaj, on i Jaskier, spotkali jeszcze Vespulę zwykłym przypadkiem, acz w bardzo niezwykłych okolicznościach. W postać barda albowiem przemienił się akurat pewien doppler. I Jaskrów było… dwóch. O czym kobieta miała się dopiero przekonać.
Zwój 4: Gdy udający Jaskra doppler grał na lutni, szczerząc zęby do mijanych dziewek, Vespula pojawiła się znienacka – nadal wściekła i na dodatek uzbrojona. W pokaźną, miedzianą patelnię. A niczego niespodziewający się stwór powitał ją serdecznie, miast zbierać nogi za pas. I zdzieliła biedaka przez łeb tą patelnią. Tymczasem na miejscu zdarzenia pojawił się prawdziwy Jaskier, nadchodząc szparkim krokiem, przy dźwiękach lutni. Na sam jego widok przerażona Vespula uciekła w popłochu.
Ot, historia miłosna jakich wiele.
Skrzynia: W roku 1272 Jaskier i Vespula zeszli się na krótki czas – tylko po to, by kobieta znów wyrzuciła go z hukiem. Potem szukała miłości przez długie lata. Bezskutecznie. Kolejni zdradzieccy mężczyźni wystawali pod jej balkonem, uchylając się przed gradem pocisków. Aż wreszcie Vespula poznała Milczącego Janko, który – jak się niebawem okazało – był głuchoniemy. I od razu zakochała się na zabój. Bowiem z Janko, nie tak jak z tym łachudrą Jaskrem, dogadywała się wyśmienicie.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA, o ile nie zaznaczono inaczej.